Pani burmistrz ocalona z Holokaustu27 min.

Na fotografii Eta Chajt.

Eta Chajt, córka najprężniejszego w Łukowie żydowskiego piekarza i cenionego społecznika, napisała we wspomnieniowej książce, iż była pierwszym powojennym burmistrzem swego rodzinnego miasta. Jej cała rodzina zginęła z rąk Niemców, ona zaś przeżyła, ukrywając się w podłukowskich lasach i walcząc w oddziale partyzanckim.

W drugiej połowie XIX w. jedną z licznych piekarni w Łukowie prowadził Szulem Chajt. Jego syn, Pinchas Chajt, pracował początkowo w fabryce w Bełchatowie, ale po śmierci ojca wrócił do Łukowa, by pomóc matce prowadzić piekarski interes. Szedł on na tyle dobrze, że Pinchas Chajt przeniósł piekarnię w bardziej reprezentacyjne miejsce – do kamienicy naprzeciwko Rynku (zwanego teraz pl. Wolności i Solidarności; kamienica stała w miejscu obecnego budynku przy ul. Wyszyńskiego 12). Stanowiła ona część kompleksu zabudowań należących do Gastmana, który na początku XX w. założył w Łukowie dobrze prosperującą fabrykę butów. Królestwo Gastmana rozciągało się między obecną ul. Wyszyńskiego (wówczas ul. Chącińskiego) i biegnącą do niej równolegle ul. Browarną. Piekarnia Pinchasa Chajta mieściła się na zapleczu budynku, a na parterze, od frontu znajdował się sklep z jej wyrobami. Państwo Chajtowie mieszkali nad nim, na pierwszym piętrze. Mieli jeszcze dwa sklepy – jeden przy Rynku (od strony ul. Międzyrzeckiej), a drugi w kamienicy przy ul. Siedleckiej, naprzeciwko kina (teraz stoi tam blok, przy obecnej ul. Piłsudskiego 4).

W 1914 r., w wieku 27 lat, Pinchas Chajt ożenił się z mającą 19 lat Szajndlą, córką Chaima i Frajdy Goldbergów. Jej ojciec był liczącym się w Łukowie producentem obuwia, w które zaopatrywał nawet polską armię. Gdy zmarł, status rodziny podupadł, Szajndla musiała szukać pracy w Łodzi, ale po wyjściu za mąż za Pinchasa Chajta wróciła i zamieszkała z nim w Łukowie.

Frajda Goldberg, matka Szajndli

Pinchas i Szajndla Chajtowie, ok. 1914 r.

Państwu Chajtom urodziło się dziesięcioro dzieci – Chaim Szulem, Eta, Miriam Sara, Jakow Mosze, Jehoszua Wolf, Frajda, Fajga, Chana Jenta, Meir Jehuda i Azriel Noach.

Życie w przedwojennym Łukowie

Pinchas Chajt był najprężniejszym w mieście żydowskim piekarzem, szanowanym obywatelem, znanym z dobroczynności. Szefował towarzystwu opieki nad chorymi “Bikur Cholim” oraz związkowi zawodowemu piekarzy łukowskich, a także zasiadał w radzie miejskiej. Był umiarkowanie religijny, jednak co tydzień uczęszczał do synagogi, obchodził wszystkie żydowskie święta. Popierał ruch syjonistów-rewizjonistów, założony przez Zeewa Żabotyńskiego, który blisko współpracował z polskim rządem i w latach 30. ostrzegał Żydów przed nadciągającą zagładą oraz propagował emigrację do Palestyny. Szajndlę Chajt, prawdziwą damę, nazywano królową. Grała w sztukach wystawianych w miejscowym teatrze żydowskim, a gdy do miasta przyjeżdżali profesjonalni aktorzy, jak np. Ida Kamińska, nocowali właśnie w mieszkaniu państwa Chajtów. Szajndla Chajt przyjaźniła się z żoną mieszkającego w Łukowie rabina Kocka. Pani rabinowa, podobnie jak Szajndla, bardzo lubiła teatr, jednak nie bardzo wypadało jej chadzać do teatru i gdyby nie asysta wyemancypowanej pani Chajt, nie mogłaby się oddawać tej pasji.

Szajndla Chajt z synem Szulemem, ok. 1915 r.

Pinchas i Szajndla Chajtowie z dziećmi (od lewej) Szulemem, Miriam i Etą, 1920 r.

Eta, Miriam i Szulem Chajt, 1920 r.

Urodzona w 1916 r. Eta Chajt była bystrą i zdolną dziewczynką. Gdy w wieku siedmiu lat miała, tak jak inne dzieci, rozpocząć naukę w pierwszej klasie szkoły powszechnej, nauczyciele skierowali ją od razu do klasy trzeciej, uznając, że z jej wiedzą marnowałaby czas. W wieku dziesięciu lat przeczytała po polsku “Wojnę i pokój” Tołstoja, pochłaniała też inne dzieła światowej literatury, zarówno po polsku, jak i w jidysz. Pomagała często ojcu w pisaniu listów i różnych innych tekstów. Również w gimnazjum, do którego poszła dwa lata wcześniej niż inni, była najlepszą uczennicą i przez trzy lata z rzędu otrzymywała główną nagrodę za wyniki w nauce. Podczas balu wieńczącego szkołę była poproszona do tańca przez burmistrza miasta, co było dla niej i jej rodziców ogromnym wyróżnieniem.

Pinchas i Szajndla Chajtowie z dziećmi (od góry, od lewej) Miriam, Etą, Szulemem, Moszem i Jehoszuą oraz Fajgą i Frajdą, ok. 1929 r.

Etę uważano też za nietypową jak na tamte czasy i środowisko chłopczycę. Po lekcjach grała z kolegami w piłkę, często włóczyła się po mieście, co przyprawiało jej rodziców o niemały ból głowy. Niemniej jednak była przez nich hołubiona i rozpieszczana, a zarazem starannie wychowywana. Wszystkim swym dzieciom państwo Chajtowie zapewniali najlepszą edukację, nie zaniedbując jednocześnie wpajania odpowiedzialności i szacunku do ciężkiej pracy. Pociechy ich, jak tylko się dało, pomagały w sklepie z pieczywem – pakowały zakupy, układały bochenki i bułki na półkach, patrzyły, czy nikt nie wynosi pieczywa bez zapłaty.

Frajda i Mosze Chajt

Podczas nauki w gimnazjum Eta zaangażowała się w ruch skautowski Ha-Szomer Ha-Cair, o profilu syjonistyczno-socjalistycznym. Jednak musiała z tej aktywności zrezygnować, gdy jej rodzice dowiedzieli się, że jedna z koleżanek została komunistką. Przywiązani do tradycji żydowskiej i będący jednocześnie przykładnymi obywatelami państwa polskiego, nie chcieli, by ich córka “zaraziła się bolszewizmem”.

Pinchas i Szajndla Chajtowie, ok. 1930 r.

Szulem Chajt z matką Szajndlą, ok. 1931 r.

Szulem Chajt, ok. 1931 r.

Szulem Chajt (drugi rząd, drugi od prawej) z grupą młodzieży halucowej, ok. 1933 r.

Szajndla Chajt (w środku z dzieckiem na ręku), Szulem Chajt (z lewej) i prawdopodobnie Miriam Chajt, Łuków, lata 30., (w tle kościół)

Szulem Chajt, ok. 1938 r.

Szulem i Eta Chajt, 1938 r.

Fajga Chajt, ok. 1939 r.

Gdy Eta ukończyła gimnazjum, ojciec wysłał ją do Łodzi, gdzie mieszkał jego brat Mojsze. Zatrudniona została jako menedżer w hurtowni spożywczej. Zapisała się też na wieczorowy kurs dziennikarski i zaczęła z powodzeniem pisać artykuły do gazet. Gdy z powodu kryzysu światowego na początku lat 30. sytuacja ekonomiczna zrobiła się trudna, ojciec Ety sprzedał swój interes piekarski w Łukowie i z całą rodziną przeniósł się do Łodzi. Zajął się tam prowadzeniem razem z bratem hurtowni spożywczej.

Okupacyjna konspiracja

W Łodzi rodzinę Chajtów zastał wybuch II wojny światowej. Starszy brat Ety, Szulem, zmobilizowany do polskiego wojska, po kilku tygodniach walki wrócił do domu. Przedzierał się później z ojcem i stryjem Mojszem w kierunku Warszawy, ale bezskutecznie. Pinchas Chajt został wówczas ranny w nogę i trafił do szpitala w Garwolinie. Szulem i Mojsze wrócili do Łodzi. Wtedy do akcji wkroczyła Eta, która dzięki swej odwadze udała się do władz niemieckich i uzyskała pozwolenie na zabranie rannego ojca do domu.

Życie w okupowanej Łodzi stawało się coraz trudniejsze, rodzina Ety postanowiła więc wrócić do Łukowa, gdzie łatwiej mieli dawać sobie radę w znajomym środowisku. Zamieszkali w tym samym budynku naprzeciwko Rynku, tyle że w pomieszczeniach piekarni. Ojciec Ety znów zajął się piekarstwem, choć było to Żydom zabronione. Nawiązał kontakt ze swymi znajomymi z dawnej rady miejskiej i zaangażował się w działalność konspiracyjną, którą organizował były przewodniczący łukowskiej gminy żydowskiej, a później szef Judenratu, Mosze Wajntraub.

Tymczasem Eta kilka razy wyprawiała się do Łodzi, gdzie u jednego z polskich znajomych miała ukrytą broń (ukradła ją niemieckim żołnierzom przychodzącym do restauracji, w której pracowała na początku wojny). Ryzykując życie, przemyciła do Łukowa sześć pistoletów i dwa karabiny. Podczas jednej z takich podróży z Łodzi do Łukowa o mało co nie została przeszukana przez Gestapo. Uratowała ją jadąca w tym samym przedziale zakonnica, która przy wysiadaniu z pociągu kazała Ecie nieść swoją walizkę, co odwróciło uwagę Niemców. Pomogło też to, że Eta nosiła na szyi łańcuszek z krzyżykiem, który dostała od matki jednego z łódzkich kolegów.

Ojciec Ety wciągnął ją do konspiracji. Znała perfekcyjnie język niemiecki, więc wystarała się o zatrudnienie w urzędzie pracy (Arbeitsamcie), by szpiegować na rzecz podziemia. Wykonywała tam różne prace – od palenia w piecach i mycia podłóg i okien, po poprawianie błędów w pisanych przez Polaków po niemiecku dokumentach. Przychodziła o siódmej rano, do domu wracała nierzadko o dziewiątej wieczorem. Za swą pracę, jako Żydówka, praktycznie nie dostawała wynagrodzenia. Niemcy traktowali ją jak powietrze, ona tymczasem podsłuchiwała, co mówią i czytała ich dokumenty. Często też wykradała puste formularze, na których wypisywała dla różnych ludzi zaświadczenia chroniące ich bliskich przed wywózką na roboty przymusowe do Niemiec.

Jakiś czas później ktoś doniósł Niemcom, że ojciec Ety prowadzi potajemnie piekarnię, więc została mu odebrana i oddana w ręce jakiegoś Polaka, Pinchas Chajt został zaś aresztowany. Eta wstawiła się za nim u szefa policji i znowu, tak jak ze szpitala w Garwolinie, udało się jej go uratować.

Jakiś czas później ktoś doniósł Niemcom, że ojciec Ety prowadzi potajemnie piekarnię, więc została mu odebrana i oddana w ręce jakiegoś Polaka, Pinchas Chajt został zaś aresztowany. Eta wstawiła się za nim u szefa policji i znowu, tak jak ze szpitala w Garwolinie, udało się jej go uratować.

Z Radzynia Eta przewieziona została do więzienia na Zamku w Lublinie. Była przesłuchiwana i torturowana, ale nikogo z konspiracji nie wydała. Spędziła tam wiele miesięcy, aż wreszcie w maju 1941 r. została uwolniona (podczas przejazdu z więzienia do pracy przy budowie obozu na Majdanku) przez ludzi, których, jak się później okazało, opłacili jej rodzice.

Po powrocie do Łukowa Eta ukrywała się przez kilka miesięcy, po czym, gdy niebezpieczeństwo, że zostanie ponownie schwytana, minęło, wróciła do normalnego życia. „Normalne” oznaczało wówczas pracę przymusową, bez wynagrodzenia, w niemieckiej firmie zajmującej się skupem i przetwórstwem jaj i drobiu. Jej właściciel, choć korzystał z niewolniczej pracy Żydów, miał do nich dobry stosunek. W zakładzie swym pozwalał ukrywać wiele żydowskich dzieci. Dając zatrudnienie dorosłym, również ratował im często życie. O jego postawie wiedziano dość powszechnie, co poświadcza w swych pamiętnikach z czasu niemieckiej okupacji w Łukowie Stanisław Żemiński.

Rodzina Ety radziła sobie, jak mogła, by przeżyć. Pinchas Chajt nadal potajemnie wypiekał chleb i bułki. Choć miał na utrzymaniu liczną rodzinę, a czas był pod każdym względem straszny, nie zapominał o innych. Przyjął pod swój dach żydowskich przesiedleńców z Suwałk, jednych z wielu deportowanych do Łukowa. Zbudował też dla swych bliskich kryjówkę, do której wchodziło się przez piec. Powoli gromadził w niej zapasy jedzenia i wody.

Likwidacja getta

Kryjówka jednak na nic się nie zdała. Gdy na początku października 1942 r. Niemcy rozpoczęli likwidację łukowskiego getta, prawie cała rodzina Chajtów pognana została na tzw. świński targ przy ul. Międzyrzeckiej. Nie było z nimi ojca oraz dwóch braci, Szulema i Moszego, którzy w tym czasie byli na wyrębie lasu pod Łukowem, a także ich siostry Fajgi, której udało się gdzieś schować i uniknąć tzw. akcji.

Ludzi zgromadzonych na placu przy ul. Międzyrzeckiej dręczono i mordowano. Na oczach Ety niemiecki oprawca zabił kolbą karabinu jej ciężarną siostrę Miriam. Jej męża zastrzelił zaś pewien Ukrainiec. W pewnym momencie zjawił się właściciel firmy drobiarskiej i zaczął wyczytywać nazwiska swych pracowników, którzy mieli być uwolnieni. Na liście była też Eta. Nie chciała opuszczać swej matki i rodzeństwa, ale jej siostra Frajda kazała Ecie iść. Obiecała jej, że się nimi zaopiekuje. Jakiś czas potem pognano wszystkich na stację kolejową, załadowano do bydlęcych wagonów i wywieziono do obozu zagłady w Treblince. Do komór gazowych trafiła matka Ety i pięcioro jej rodzeństwa…

Wkrótce po powrocie do pracy w firmie drobiarskiej, w której przebywała dzień i noc, Eta spotkała ojca i dwóch braci, którzy z wyrębu lasu zabrani zostali do Treblinki, jednak udało im się uciec z transportu. Powrócili do Łukowa i przekradli się na teren zakładu, gdzie Eta urządziła im kryjówkę. Byli w fatalnym stanie, brat Mosze miał zwichnięte ramię i bardzo cierpiał. Konieczność opieki nad nimi nie pozwoliła skorzystać Ecie z nadarzających się okazji ucieczki. Raz przyzwoity Niemiec, klient firmy drobiarskiej, widząc jej „dobry wygląd”, powiedział o planowanej zagładzie wszystkich Żydów i zaoferował jej pracę u siebie poza miastem. Innym razem pewna Polka załatwiła metrykę chrztu po jakiejś zmarłej dziewczynie i chciała zabrać Etę do siebie. Ta jednak za każdym razem musiała odmówić.

Pinchas Chajt, ok. 1942 r.

Gdy Niemcy wyrzucili wszystkich Żydów z firmy drobiarskiej i skoncentrowali ich na terenie wtórnego, zmniejszonego getta, szykując ich do kolejnego transportu do Treblinki, Polacy pomogli ojcu i braciom Ety wydostać się z kryjówki. Nie był to odosobniony przypadek wsparcia, jakiego Eta i jej bliscy doświadczyli w tamtych strasznych czasach ze strony polskich sąsiadów. W swej książce wielokrotnie wspomina ona o różnych podobnych sytuacjach, które ocalały jej życie. Jedną z osób wymienia z nazwiska – to doktor Leon Kiernicki, który pomagał wielu Żydom w łukowskim getcie. Gdy Eta zachorowała na tyfus i była o krok od śmierci, to właśnie jego pomoc uratowała jej życie.

dr Leon Kiernicki

2 maja 1943 r. Niemcy i Ukraińcy otoczyli getto i rozpoczęli jego ostateczną likwidację. Eta straciła wówczas ostatnie rodzeństwo – Szulema, Moszego i Fajgę. Jej z ojcem udało się skryć na jakimś strychu i tam przeczekać masakrę. Po kilku dniach wymknęli się poza miasto i zaczęli się błąkać po okolicy, nie wiedząc, co z sobą począć. Raz trafili na człowieka, który tropił zbiegłych z getta Żydów. Uratowała ich tylko zimna krew Ety, która nie pierwszy raz z powodzeniem ukryła swą tożsamość, zagadując szmalcownika po polsku i wzdychając “O Matko Boska!”. Innym razem znowu zostali przez Polaków przyjęci pod dach i nakarmieni oraz znaleźli u nich na kilka dni schronienie. Gdy za okazaną pomoc Eta chciała owym ludziom zapłacić, dając im swą złotą obrączkę, odmówili, powołując się na to, że są przecież chrześcijanami.

W oddziale partyzanckim

Nie wiadomo, co by się z Etą i jej ojcem stało, gdyby nie to, iż pewnego dnia natknęli się w lesie na patrol żydowskiego oddziału partyzanckiego. Jak się okazało, byli to dwaj znajomi Ety z łukowskiego getta, którym swego czasu przekazała kilka zdobycznych pistoletów. Tak oto Pinchas Chajt z córką trafili do szukającej ocalenia w kniejach grupy sześćdziesięciu osób – Żydów z Łukowa i okolic Lublina.

Zanim dołączyła do nich Eta, ukrywający się Żydzi spierali się, kto ma być liderem ich garstki. Bez wahania więc zaoferowali tę odpowiedzialną funkcję młodej i energicznej dziewczynie, która jeszcze podczas pobytu w getcie działała w podziemiu i umiała cało wychodzić z wielu opresji. Eta bez wahania się zgodziła. Zaczęła od organizowania broni i rozpoznania terenu. Wędrowała od wsi do wsi, podając się za Elżbietę, sierotę z Warszawy. Rozpytywała się o możliwość zarobku, a przy okazji dowiadywała się, gdzie ukrywają się Żydzi, jak można zdobyć amunicję, kto jest niemieckim konfidentem, a kto trzyma z polskim podziemiem.

Podczas takich wędrówek spotykała się z różnymi postawami mieszkańców okalających Łuków wsi. Jedni chcieli ją chwytać i oddawać w ręce Niemców, inni zaś jak mogli, tak pomagali. Raz na drodze do Łukowa zobaczył Etę pewien człowiek, który znał ją jeszcze z zakładów drobiarskich. Zaczął ją gonić i krzyczeć: „Żydówka!”. Skończyłoby się to dla niej źle, gdyby nie właściciel pobliskiego domu, który wybiegł na drogę, zatrzymał owego szmalcownika, uciszył go i kazał Ecie uciekać. Jakiś czas później człowiek, który uratował Etę, został przez podległych jej partyzantów schwytany, gdy przypadkowo natknął się na nich w lesie. Odkrył ich kryjówkę, chcieli więc go zabić. Na szczęście Eta go rozpoznała i pozwoliła mu odejść, wiedziała bowiem, że ich nie zdradzi.

Stałym zagrożeniem dla Ety i jej grupy byli polscy partyzanci, którzy tropili ukrywających się Żydów. Jedni czynili to z pobudek antysemickich, inni widzieli w partyzantach żydowskich zagrożenie dla polskiej ludności. Antyżydowskie były programowo formacje odwołujące się do ideologii nacjonalistycznej, które nie uznawały polskiego państwa podziemnego i nie podporządkowywały się polskiemu rządowi w Londynie, takie jak np. Narodowe Siły Zbrojne. W okolicach Łukowa były one wyjątkowo silne i aktywne. We wspomnieniach swych Eta nie wymienia ich z nazwy, lecz wszystkich partyzantów, z którymi się ścierała jej grupa, nazywa ogólnie akowcami. Jak wiadomo, również w szeregach Armii Krajowej nie brakowało osób źle usposobionych do Żydów, jednak polskie podziemne wojsko, podlegające londyńskim władzom, oficjalnie nie prowadziło walki z obywatelami polskiego państwa, jakim byli ukrywający się Żydzi. Nie znaczy to jednak, iż poszczególne oddziały nie wyłamywały się z tej zasady i na własną rękę nie atakowały ukrywających się Żydów.

Powodem wzajemnej niechęci polskich i żydowskich partyzantów była w największej mierze nakręcająca się spirala przemocy. Żydzi, by przeżyć w lasach, musieli się czasami uciekać do kradzieży żywności od okolicznych rolników. Raz że nie zawsze mieli ją za co kupić, dwa że nie wszyscy Polacy chcieli (ze strachu, uprzedzeń) ją sprzedawać Żydom. Niektórzy okradzeni chłopi skarżyli się polskim partyzantom i prosili ich o ochronę. W okolicach Łukowa dochodziło też do mordowania Żydów ukrywanych za pieniądze, którym skończyły się oszczędności. Bywało, że żydowscy partyzanci brali na sprawcach zabójstw odwet, zabijając ich i paląc im domostwa. Eta wspomina np., że dowiedzieli się o zamordowaniu w pewnej wsi żydowskiej kobiety z dwójką małych dzieci. Przyszli do tej miejscowości w nocy, podejrzanym o tę zbrodnię kazali wyjść z domu i spalili ich dobytek. Po takich akcjach polskie podziemie podejmowało działania skierowane przeciwko Żydom.

O ile starcia polskiego podziemia z uzbrojonymi oddziałami partyzantów żydowskich można by pod pewnymi względami traktować jako walkę, to mordowanie cywilnych osób, ukrywających się w lasach i po zagrodach, było bez wątpienia zbrodnią. Eta wspomina, iż pewnego razu polscy partyzanci zlokalizowali bunkier, w którym znajdowały się same kobiety i dzieci, i wrzucili do środka granaty, zabijając siedem osób. Niedługo potem w podobny sposób zlikwidowali kolejną ziemiankę z ludźmi w środku. Akurat oddział Ety był w pobliżu i między Polakami i Żydami wywiązała się walka, podczas której Eta została postrzelona w nogę. Kulę wyjął jej dopiero wiele miesięcy później radziecki lekarz, gdy przybył z frontem na te tereny. Przez cały ten czas Eta bardzo cierpiała, a noga jej puchła i krwawiła.

Oprócz napięć o podłożu narodowościowym plenił się wówczas zwykły bandytyzm i moralne rozprzężenie, a chęć wzbogacenia się kosztem cudzego życia zaślepiała bez względu na narodowość i wyznanie. W grupie podległych Ecie partyzantów był czternastoletni chłopiec, Icze Meir, syn właścicieli farbiarni w Łukowie, sierota. Zwierzył się raz, że wie, gdzie jego rodzice ukryli złoto. Na poszukiwanie kosztowności poszło z nim dwóch żydowskich partyzantów. Jeden z nich był przed wojną szewcem, a drugi rzeźnikiem. Po pewnym czasie wrócili sami i powiedzieli, że chłopiec się od nich odłączył i uciekł. Jednak ktoś doniósł Ecie, że Icze Meir został zamordowany i wskazał jego grób. Okazało się, że zabił go jeden z dwóch kompanów – ów były rzeźnik. Podkomendni Ety natychmiast wymierzyli mu sprawiedliwość – odprowadzili go na stronę i zastrzelili.

Czytając wspomnienia Ety, widzimy raz po raz, że podział nie przebiegał na linii Żydzi i Polacy, tylko dobrzy i źli ludzie. Wspaniałą osobą był np. wspomniany już wcześniej doktor Kiernicki. Eta często odwiedzała go w jego łukowskim mieszkaniu. Dawał jej lekarstwa i uczył ją radzenia sobie z różnymi chorobami, wyciągania kul z ciała, zszywania ran itp. Gdy pewnego razu pojawiła się w mieście, przed niebezpieczeństwem rozpoznania i schwytania ostrzegł ją jej dawny nauczyciel. Takich sytuacji, gdy ktoś ją wspierał i ratował jej życie, były dziesiątki.

Oddział Ety, zmieniając często miejsca pobytu i zacierając za sobą ślady, wędrował po lasach i znacznie oddalił się od Łukowa, jednak na początku 1944 r. wrócił na stare miejsce. W tym czasie ojciec Ety był już w bardzo złej kondycji fizycznej i psychicznej. Wielokrotnie mówił córce, by go gdzieś zostawiła i nie ciągnęła ze sobą, bo tylko opóźnia marsz i naraża ją na niebezpieczeństwo. Pewnego razu, a było to w marcu 1944 r., Eta opuściła na pewien czas leśny obóz, a gdy wróciła, ojca tam już nie było. Ruszyła na jego poszukiwania i od znajomych osób dowiedziała się, że jakiś stary Żyd przyszedł do Łukowa i usiadł na środku głównej ulicy, po czym został zastrzelony przez Niemców. Eta udała się do miasta i zaszła do herbaciarni prowadzonej przez rodzinę Bielskich, którą znała jeszcze sprzed wojny. Ci potwierdzili, że jej ojciec pojawił się w Łukowie i został zabity. Eta straciła ostatnią bliską osobę, jaką miała. Jej świat zawalił się. Bielscy dali jej różne rzeczy na drogę i wyprowadzili z miasta aż na sam skraj lasu.

Po śmierci ojca Eta popadła w głęboką depresję. Gdyby nie pomoc zaprzyjaźnionych Polaków z okolic Łukowa, pewnie by nie przeżyła. Ukrywali ją, karmili, zapewniali opiekę, dopóki nie otrząsnęła się z bólu i nie wróciła do swego leśnego oddziału. Tam dotrwała do lata 1944 r., kiedy to nadeszli Rosjanie.

Po wyzwoleniu

Wyparłszy Niemców z Łukowa, Rosjanie zebrali ukrywających się w lasach Żydów, jednak ze względów bezpieczeństwa nie pozwolili im wejść do miasta, tylko zawieźli ich do Parczewa. Po kilku tygodniach Eta na własną rękę dostała się do Łukowa, gdzie instalowała się polska władza z nadania radzieckiego. Podczas zebrania na rynku miejskim werbowano chętnych do pracy w lokalnej administracji oraz milicji. Eta umiała pisać na maszynie, a wcześniej pomagała Rosjanom jako tłumaczka w kontaktach z niemieckimi jeńcami, toteż została zaangażowana, a nawet, jak twierdzi w swej wspomnieniowej książce, obwołana burmistrzem. Na ten wysoki urząd zarekomendowali ją podobno sami mieszkańcy Łukowa, którzy ją znali jeszcze sprzed wojny i doceniali jej umiejętności i cechy charakteru.

Eta Chajt tuż po wojnie

Nowe władze miasta miały wspólną siedzibę z przedstawicielami Polskiej Partii Robotniczej, prowadzącymi agitację na rzecz nowego ustroju Polski i zachęcającymi mieszkańców Łukowa i okolicznych wsi do wstępowania w szeregi ich ugrupowania. Zarząd Łukowa był podporządkowany Rosjanom i Eta musiała wykonywać ich polecenia i brać udział w zwoływanych przez nich naradach. W codziennej pracy zajmowała się przywracaniem normalnego funkcjonowania miasta – organizacją porządku i bezpieczeństwa, opieki zdrowotnej i szkolnictwa.

Eta wspomina, że pewnego razu do miasta wszedł dwustu-osobowy oddział AK. Został on otoczony i rozbity przez Rosjan. Partyzantów, którym nie udało się uciec, zebrano na tym samym placu targowym, na którym Niemcy gromadzili Żydów przed wysyłką do Treblinki, i rozstrzelano.

Zaraz po przyjeździe z Parczewa Eta spotkała w Łukowie swego dalekiego krewnego Henryka Wróbla (siostra jego dziadka była żoną brata matki Ety). Był on żołnierzem polskiego wojska walczącego u boku Armii Czerwonej i wkrótce ruszył dalej z frontem, ale po pewnym czasie został ranny i wrócił do Łukowa na rekonwalescencję. 20 grudnia 1944 r. Eta Chajt i Henryk Wróbel wzięli ślub.

Na początku 1945 r. Eta przestała sprawować urząd burmistrza Łukowa, bowiem wysłano ją do Łodzi, by w wyzwolonym mieście pomagała organizować cywilną administrację. Następnie przeniesiono ją do Wrocławia, żeby i w tym mieście wspierała instalowanie się nowej władzy. W tym czasie była w ciąży i wkrótce (25 września 1945 r.) państwu Wróblom urodził się syn, któremu dali po jego dziadkach imiona Hersz Pinchas.

Przygoda Ety i Henryka Wróblów z Wrocławiem nie trwała długo. Pod koniec października 1945 r. Eta została powiadomiona przez Rosjan, że ma polecieć do Moskwy, gdzie miano ją przeszkolić na komunistycznego lidera, by po powrocie mogła kierować komórką partyjną w Legnicy. Perspektywa ta zupełnie nie przypadła jej do gustu. Nie ufała już Rosjanom i nie czuła się komunistką. Postanowiła uciekać jeszcze tej samej nocy. Spakowali z mężem podstawowe rzeczy i przy pomocy dwóch Rosjan, znajomych Henryka, którym zostawili część swego dobytku, dostali się do pociągu do Berlina. Razem z nimi z komunistycznej Polski uciekła siostra Henryka – Sara, wraz z mężem Mojszem.

Henryk i Eta Wróblowie, ok. 1946 r.

Eta Wróbel z dziećmi Herszelem i Szajndlą, ok. 1947 r.

Berlin był tylko przystankiem w ich tułaczej drodze. Po nielegalnym przedostaniu się ze strefy radzieckiej do amerykańskiej udali się do obozu dla przesiedleńców w Salzheim, a stamtąd do Lampertheim na przedmieściach Frankfurtu, gdzie zatrzymali się na dłużej. 15 kwietnia 1947 r. urodziła im się tam córka, której dali imiona po swych matkach – Szajndla Rywka. W tym czasie podjęli starania, by wyemigrować do Ameryki i w sierpniu 1947 r. dopłynęli do Nowego Jorku.

Amerykański sen

W zagospodarowaniu się na amerykańskiej ziemi pomogli im m.in. członkowie działającego w Nowym Jorku stowarzyszenia łukowian. Kilka osób zrzeszonych w tej organizacji, które wyemigrowały do Ameryki jeszcze przed wojną, znało i pamiętało ojca Ety. Przede wszystkim jednak w pokonywaniu różnych trudności w nowym, obcym kraju nieoceniona była siła charakteru i wola przetrwania, która tyle razy ocalała Ecie życie.

Państwo Wróblowie zajęli się prowadzeniem sklepu spożywczego na Brooklynie. Pracowali sześć dni w tygodniu po dwanaście godzin na dobę, mieszkali z trójką dzieci (w 1950 r. urodziła im się córka Chanele) w ciasnej klitce. Swój amerykański sen realizowali wytrwale w trudzie i znoju. Z czasem dorobili się większego sklepu i mieszkania na Bronksie. Ich sąsiadem był tam Idel Woland, który razem z Etą walczył w podłukowskich lasach w żydowskim oddziale partyzanckim. Prawdziwy sukces finansowy przyniósł im kolejny biznes, którym się zajęli, czyli budowa domów na Staten Island. Przez lata wznieśli w tej najmłodszej dzielnicy Nowego Jorku ponad czterysta budynków. Sami zaś przeprowadzili się na Queens.

Eta i Henry Wróblowie z synem Halem i Efraimem Kacirem, prezydentem Izraela, ok. 1973 r.

Eta i Henry Wróblowie w otoczeniu dzieci i wnuków

Anna, Hal i Shain, dzieci Ety i Henry’ego Wróblów

Eta Wróbel w wieku 90 lat

Grób Ety i Henry’ego Wróblów, 2016 r.

Pod koniec życia Eta Wróbel zaangażowała się w wiele projektów dobroczynnych i społecznych. Zmarła w 2008 r., mając 92 lata. Jej mąż Henryk odszedł pięć lat później, w wieku 95 lat. Ich syn Hal (Herszel) osiadł w Izraelu, a córki Shain (Szajndla) i Anna (Chanele) mieszkają w USA.

Autor: Krzysztof Czubaszek

Artykuł opracowany na podstawie książki: Eta Wrobel with Jeanette Friedman, „My Life My Way. The Extraordinary Memoir of a Jewish Partisan in WWII Poland”, New Milford, New York 2006
Zdjęcia: Archiwum prywatne rodziny Wróblów, dzięki uprzejmości Jeanette Friedman. Zdjęcie dr. Leona Kiernickiego: Archiwum prywatne Zofii Czyżewicz (córki). Zdjęcie grobu Ety i Henry’ego Wróblów: Katarzyna Łaziuk.

1 komentarz

  1. KazimierzKazimierz05-16-2017

    Na początku XX wieku ulica nie mogła się nazywać Chącińskiego (jak piszecie), gdyż Bronisław Chąciński zmarł 13 czerwca 1922 roku. Chodzi prawdopodobnie o obecną ul. Piłsudskiego, która tak się nazywała np. w roku 1950.

Dodaj komentarz