Tamte Wigilie5 min.

Świąteczna karta pocztowa z lat 30-tych. (źródło: Muzeum Historii Katowic)

Najbardziej smutne Wigilie Bożego Narodzenia dla milionów Polaków były w latach okupacji hitlerowskiej 1939-1945, oraz w pierwszych latach po tzw. wyzwoleniu, które na terenach po Wisłę miało miejsce w 1944 roku. Nie było rodziny, w której by wojna nie zabrała bliskich osób. Przy wigilijnym stole ich brak szczególnie był odczuwalny. Łamano się opłatkiem, składano życzenia, a myśli biegły do nieobecnych, o których często brak było wiadomości, a trwała nadzieja ich powrotu. Biegły do tych, których wojna zabrała i nigdy więcej nie było dane ujrzenia ich wśród żywych. W tamtych latach pomimo braku pieniędzy, towarów i wielu innych rzeczy, pomimo panującego terroru, strachu i poniżenia, zbliżające się Święta Bożego Narodzenia zawsze aktywizowały ludzi do przedświątecznej krzątaniny, budziły w sercach miłość i nadzieję “Bóg się rodzi, moc truchleje…”

Pamiętam jaką wielką radość sprawiały nam – dzieciom przygotowania świąteczne. Choinki stroiło się wykonanymi własnoręcznie ozdobami, wisiorkami i łańcuchami ze słomy, bibułek, białego i o ile był kolorowego papieru. Klej sporządzano z mąki i wody. Na choinkach były wieszane jabłka, czasem orzechy, cukierki zwane krochmalakami lub krówkami. Bombki jeśli były, to z zapasów przedwojennych. Po wyzwoleniu przez szereg lat wystrój choinek był podobny. Dochodziła wata, która imitowała śnieg. W pogodne wieczory wyglądało się pierwszej gwiazdki, aby rodzina mogła zasiąść do wigilijnego stołu. Tak chóralnie, pięknie i z przejęciem śpiewanych kolęd, jak wówczas, dzisiaj już się nie usłyszy. Z uwagi na godzinę policyjną pasterkę odprawiano rankiem. Prezenty pod choinkę były bardzo skromne, wielką radość sprawiały wykonane na drutach wełniane rękawiczki, szaliki, czy skarpety. Na stole wigilijnym zwykle pojawiały się postne posiłki, przygotowane na lnianym oleju, z grochu, kapusty, kaszy, z suszonych grzybów, nie zawsze ryba, kompot z suszonych śliwek, gruszek, jabłek. Bywały kluski z makiem.

Dla mojej rodziny szczególnie smutna była Wigilia w 1943 roku. W czerwcu tego roku Niemcy zamordowali Tatę w Lublinie.

Smutne były Wigilie w stanie wojennym w Polsce. Pierwsza Wigilia po wprowadzeniu stanu wojennego w 1981 roku, była szczególnie dotkliwa. W wielu rodzinach zabrakło osób bliskich – internowanych w obozach odosobnienia. Z wielu rodzin katolickich powołano do służby w szeregach ZOMO i ORMO synów i mężów. Z półek sklepowych momentalnie zniknęły towary. Za chlebem, mąką, kaszą, cukrem, wyrobami mięsnymi, czy za środkami higieny osobistej ustawiały się gigantyczne kolejki. Brakowało wszystkiego, np. do kiosku przywieziono towar: żyletki, krem do golenia, pastę do butów, pastę do zębów, proszki do prania, papier toaletowy, rajstopy, skarpety itp. – błyskawicznie ustawiała się kolejka, a towaru starczało dla kilku lub kilkunastu osób. Całkowicie nieomal znikły ze sklepów bielizna damska i męska. Znikły też wyroby przemysłowe, jak prodiże, żelazka, żarówki itd. Nie było w handlu proszków do pieczenia, zapachów, przypraw. Za rybą, śledziami, owocami południowymi – cytryną, pomarańczami – również ustawiały się ogromne kolejki. Wprowadzono kartki na cukier, mąkę, mięso, wędliny, papierosy, wódkę.

Dla mieszkańców dużych ośrodków miejskich oraz miast rejonowych i większych skupisk ludzkich przygnębiające wrażenie sprawiały liczne patrole ZOMO i ORMO oraz żołnierzy Wojska Polskiego. Patrole chodziły zwykle ośmio- lub dwunastoosobowe. W wielkich miastach na ulicach pojawiły się czołgi. W wigilię Bożego Narodzenia w 1981 roku składano życzenia, a w wielu oczach, tak jak w latach okupacji, pojawiły się łzy trwogi, niepokoju i niepewności. I tak jak w latach okupacji budziły w sercach miłość i nadzieję modlitwa i nasza wiara. Kościoły były pełne, tam naród otrzymywał słowa otuchy i moc wytrwania. A słowa Papieża Jana Pawła II “nie lękajcie się” przywracały ludziom godność i odwagę.

I jeszcze jedna refleksja – wyjazd na Wigilię i Święta Bożego Narodzenia do innej miejscowości mógł się odbyć tylko za specjalną przepustką – zezwoleniem, otrzymywaną w Wydziałach Spraw Administracyjnych urzędów gmin i miast.

Kto nie miał zaświadczenia od sołtysa, że wiezie rąbankę lub wędliny od rodziców czy teściów i że pochodzi ona z uboju własnego, to w czasie rewizji np. w autobusie, zabierano wyroby i rąbankę, a delikwenta kierowano do kolegium ds. wykroczeń.

Wspomnę jeszcze jedną wigilię.

21 grudnia 1978 roku w szpitalu lubelskim przy ul. Jaczewskiego zmarła moja Mama. Pogrzeb mógł się odbyć tuż przed Wigilią lub po 10 stycznia następnego roku. Wybrałem z siostrą zamieszkałą w Lublinie termin pierwszy. Przed pogrzebem musiałem udać się do Łukowa. Wracałem nocnym autobusem. Pasażerów w autobusie było dwóch: Ja i Prezes Zarządu ŁSM w Łukowie, który jechał z sanatorium. Znał dobrze moich rodziców. W latach okupacji jako łącznik Armii Krajowej bywał częstym gościem w szkole, gdzie mieszkaliśmy. Uroczystości pogrzebowe odbyły się 23 grudnia. Mama pochowana została na cmentarzu na Majdanku. Cmentarz przylega tam do terenu byłego obozu koncentracyjnego, gdzie najprawdopodobniej został zamordowany mój Ojciec – więzień polityczny Zamku Lubelskiego. To skłoniło nas do pochówku Mamy w Lublinie. Jaka była Wigilia, nietrudno sobie wyobrazić.

Autor: R. G.
Źródło: Nowa Gazeta Łukowska 16/2001

Dodaj komentarz