Relacje Jakowa Keselbrenera13 min.

Pyta z grobu rodziny Keselbrener

Między heroizmem i eksterminacją. (streszczenie)

2 maja 1943 r. nastąpiła ostateczna likwidacja żydowskiego życia w Łukowie.

Jakow ukrywał się w bunkrze z bratem Herszelem, Aronem Erlichem i Abrahamem Wiśnią. Wyszedł z nimi, gdy było już po wszystkim. Na ulicach leżały trupy. Jedyne cienie, jakie snuły się po mieście, to byli Polacy plądrujący opuszczone żydowskie domy.

Getta pilnowała polska policja, która wypatrywała ostatnich Żydów.

Jakow wraz z bratem poszedł na ul. Jatkową zobaczyć, co z bunkrem, w którym ukrywała się ich rodzina. Na szczęście pozostał nietknięty. Gdy zdejmowali przykrywające go deski, pojawił się policjant z elektryczną latarką w ręku. Poznał ich i, widząc w ich oczach strach, zlitował się i kazał im natychmiast uciekać.

Wydobyli rodzinę z bunkra i poszli wzdłuż rzeki przy drodze do Jezior. Byli wystraszeni, zmęczeni i przede wszystkim głodni.

Zatrzymali się w małym lasku, 3 km od miasta. Nie wiedzieli, co dalej robić.

Po pewnym czasie zdobyli trochę pożywienia. Dostali je od pewnego Polaka, który panicznie bał się, że, jak to zobaczy jego sąsiad, to doniesie na niego na gestapo. Potem ruszyli do lasu.

Zaszli do Janka Zimowskiego. Jakow znał go jako człowieka o dobrym sercu, gotowego nieść pomoc innym. Zimowski był zdziwiony, że przeżyli. Obiecał im pomoc. Powiedział Jakowowi, że są u niego partyzanci z Kocka, których wcześniej ostrzegł, aby nie szli do getta w Łukowie. Zawołał ich. Zeszli ze strychu. Jakow poznał dwóch z nich. Postanowili, że utworzą grupę partyzancką i wrócą w okolice Kocka. Polak dał im chleba i zapewnił, że mogą na niego liczyć.

Poszli po rodzinę Jakowa, która została w lesie. Po drodze Jakow powiedział swym towarzyszom, że ma dwa karabiny i kilka granatów, które jego bratu zostały po służbie w polskiej armii.

Po powrocie do lasu spotkali innych uciekinierów z getta, m.in. Rubena Wajsbojma (Bobenikera), jego matkę i siostrę, Lajbela Borensztajna, Henecha Normana i Jechiela Ajnsztoka.

Nad ranem Jakow z dwoma kolegami poszedł do Świdrów, gdzie schowany był ich skarb – broń. Czekali, aż przyjdzie chłop, który znał miejsce, gdzie brat Jakowa schował broń. Gdy przyszedł, pogrozili mu pistoletem i kazali wskazać kryjówkę. Szukali jej cały dzień, nieświadomi, jakie niebezpieczeństwo im groziło, jednak niczego nie znaleźli.

Wrócili załamani. Raz jeszcze udali się do Zimowskiego, prosząc go, żeby załatwił im rewolwery. Kilka dni później zdobył dla nich dwa karabiny.

Brat Jakowa udał się w rejon Kocka, a Jakow pozostał w pobliżu rodziny, troszcząc się o jedzenie dla niej.

“Koledzy z żydowskiej partyzantki próbowali współpracować z polskimi partyzantami, ale ponieśli dotkliwe straty, bowiem ci ostatni okazali się faszystami. Zginął m.in. Ajnsztok i Erlich.”

Sytuacja ukrywających się stała się bardzo trudna. Polacy nie chcieli ich trzymać nawet w stogach siana. Niemcy siali w okolicy terror. Każdy, kto pomagał Żydom, był narażony na śmierć, a jego budynki na spalenie.

Pewnego dnia do ich grupy dołączyli dwaj młodzi chłopcy posiadający broń – Mosze Wiśnia i Arie Śmietanka. Gdy zobaczyli, w jakim okropnym stanie znajduje się Jakow i jego koledzy, zaproponowali im, żeby poszli z nimi zdobyć trochę przyzwoitych ubrań. Matka Jakowa bardzo się o niego bała, prosiła, żeby uważał na siebie, bo jest jej ostatnią nadzieją.

W nocy wyszli ze swego schronu, żeby spotkać się u gospodarza, niejakiego Bronkiewicza. Mieli ukrytych u niego w bunkrze pod stajnią dwóch przyjaciół. Oprócz nich ukrywała się tam rodzina Rozenbaumów, Josef Śmietanka, Wiśnia, Jakow Dagerman, Idel Wolant i Motel Tabakman.

U Bronkiewicza dowiedzieli się, że polscy nacjonalistyczni partyzanci likwidują wszystkich Żydów, którzy przeżyli, ażeby nie było świadków ich wcześniejszych występków. Ostatnio zabili np. rodzinę Frostów i gospodarzy, którzy ich ukrywali.

Cała niedziela zeszła im na opowieściach o okropnościach, jakich dopuszczali się polscy faszyści na Żydach i pomagających im Polakach. Bronkiewicz był do nich dobrze usposobiony, ale też bardzo się bał o swoje bezpieczeństwo.

Gdy tak rozmawiali, zaczęły ujadać psy. Ujrzeli na zewnątrz światła latarek. Gospodarz powiedział im, że to na pewno atak partyzantów. Chwilę później zaczęła się strzelanina.

Żydzi postanowili walczyć. Mieli osiem karabinów, trzy rewolwery, ok. stu naboi i jeden granat. Napastników, jak się później okazało, było piętnastu. Byli zaprawieni w boju, dobrze uzbrojeni i, co równie ważne, syci.

Wywiązała się walka. Sypał się grad kul. Od ognia zrobiło się jasno jak w dzień. Napastnicy byli zdziwieni i krzyczeli: “Żydzi strzelają! Żydzi strzelają!”. Był to pierwszy przypadek w tej okolicy, że Żydzi stawiali opór.

Kanonada trwała ok. pół godziny. Osaczonym wyczerpywały się zapasy amunicji, a ich koledzy, którzy czekali na nich w lesie, nie mieli pojęcia, że potrzebna była ich pomoc. Broniący obawiali się także o gospodarza i jego zabudowania, bowiem napastnicy mogli się na nim zemścić.

Wśród polskich partyzantów było czterech zabitych, a wśród żydowskich tylko jeden ranny w nogę, Idel Wolant. Ci ostatni zdobyli w walce cztery karabiny.

Czekali, aż Polacy przyjdą po swoich zabitych. Po kilku minutach zobaczyli młodego chłopaka. Rozpoznali w nim jednego z napastników. Ten, gdy się zorientował, że został zdemaskowany, upadł na ziemię, złapał ich za nogi i zaczął przysięgać na honor Polaka, że, jeśli mu darują życie, nigdy już nie zabiją żadnego Żyda. Uwierzyli mu i go puścili.

Poszli w kierunku bunkra, w którym ukrywała się rodzina Jakowa. Gdy byli ok. 1 km od tego miejsca, usłyszeli okropne krzyki. Jakow rozpoznał te głosy od razu. To była jego matka, brat, trzy siostry i siedmioletni siostrzeniec, których ktoś mordował! To Polscy faszyści wyszli z ukrycia i dokonali na podwórku okropnego zabójstwa.

Keselbrenerowie przed wojną
(Fot. Archiwum prywatne Havy Dolev)

“Wydarzyło się to w nocy 27 lutego 1944 r. Data ta na zawsze wyryła się w mojej pamięci, a moje serce powiedziało mi: Zemsta!”

Źródło: Le Livre de Lukow…, s. 130-134


Rodzina Keselbrener, to znaczy rodzice i 7 dzieci (3 synowie i cztery córki). To było w 1929 roku w mieście Kock, gdy się spalił młyn, który posiadaliśmy. Przeprowadzka do miasta Łukowa. Ojciec mój, Lejb, kupił przy ulicy Radzyńskiej w Łukowie drugi młyn, w okolicy polskiej. Warunki były przyjacielskie. Ja osobiście miałem tylko kolegów Polaków, jak na przykład Zbyszek Znój. Przed wojną w Łukowie [był] antysemityzm. Było 16 tysięcy mieszkańców, 50% Żydów. Było bardzo dużo bóżnic żydowskich, główna synagoga była przy ulicy żydowskiej. Były cztery szkoły powszechne, jak na przykład Widziszkowic i kierownik pan Cetnarski. W tych szkołach Żydzi i Polacy uczyli się razem. W gimnazjum przy ulicy doktora Chącińskiego koło kościoła, do tego gimnazjum mogło się dostać tylko dwóch żydowskich studentów. Z wybuchem wojny światowej 1/9/1939 między Żydami i Polakami zmieniło się radykalnie. Polacy zbliżyli się do Niemców w sprawie żydowskiej. Pomagali w zagładzie Żydów. Ja sam widziałem, jak wyprowadzili 600 Żydów z placu przy zarządzie miejskim, boso, bez obuwia, w zimie, na ulicy doktora Chącińskiego, w kierunku cmentarza Malcanów, a Polacy stali na chodniku i pluli na Żydów prowadzonych na śmierć. Ja osobiście to widziałem, bo byłem schowany na strychu i przez dziurę wyglądałem.

Przedwojenna książeczka wojskowa Jakowa (wówczas Jankiela) Keselbrenera
(Archiwum prywatne Havy Dolev Keselbrener)

Getto żydowskie było od placu magistratu, prawa strona ulicy Jatkowej do ulicy Kanałowej i pół ulicy Kanałowej. W tym getcie od listopada [1942] do maja 1943 była likwidacja getta i setki Żydów zabitych. Mogę zaświadczyć, że w tym czasie Polacy łapali Żydów i prowadzili za kilo cukru do gestapo. Ja osobiście wychodziłem z getta, żeby przynieść trochę żywności dla rodziny. Raz zapomniałem zdjąć opaskę i 3 chłopców złapało mnie, nagle przy świetle. Widziałem mego kolegę Zbyszka i powiedziałem: “Zbyszek, ty mnie prowadzisz na śmierć?”. On się odwrócił: “Oj, to przecież Jankiel, zostawcie go”.

Zlikwidowali getto 2/5/1943. Moja rodzina ten dzień przeżyła w piwnicy. W nocy poszedłem zobaczyć, czy nie znaleźli ich. Wyprowadziłem ich do zagajnika Przyświderskiego, tam zostaliśmy przez 1 dzień. Przyszedł do nas sąsiad, Żyd Szmuel ze wsi Dminin. Pytał, czy mamy trochę pieniędzy, to on nas zaprowadzi do znajomego Polaka ze wsi, gotów nas ukryć. Ten pan zrobił schron w oborze i tam ukrywaliśmy się kilka miesięcy. Nie wolno było, żeby ktoś z sąsiadów nas widział. Ja w tym czasie miałem brata starszego ode mnie i gospodarz (…) chciał nas dołączyć do partyzantów polskich. Wszystkie ulotki partyzantów, które otrzymywali przez radio angielskie, i ostatnia ulotka, którą nam ja sam czytałem, [informowały], że rząd polski w Londynie kazał wykończyć Żydów z naszej okolicy. Zostało wszystkiego około 40 Żydów. Bolszewicy zbliżali się do granic polskich i nasz gospodarz (…) powiedział, żebyśmy szukali innego miejsca, bo on się obawiał nas trzymać.

W tym czasie odwiedziło nas (…) dwóch Żydów z bronią i prosiliśmy ich, żeby nam znaleźli inne miejsce. Wzięli mnie ze sobą szukać miejsca. Chłopcy żydowscy nazywali się Mosze Wiśnia i Josef Śmietanka. [Było] to 25/2/1944 roku. Po dwóch dniach przyszliśmy do gospodarza [w Kownatkach] i, siedząc wieczorem w kuchni, zrobiło się światło w oknach. Był to napad organizacji polskiej do wykończenia Żydów, co się ukrywali. To był pierwszy napad z bronią, tylko Polacy nie wiedzieli, że Żydzi mają broń. Zaczęli strzelać. Więc nie było rady, otworzyliśmy drzwi z obory i koledzy Żydowie też zaczęli strzelać. Udało im się zabić 4 Polaków. To byli akowcy. Jeden z naszych został raniony, więc poszliśmy pomóc go obandażować. Ja wziąłem 2 karabiny od zabitych i chciałem lecieć wyjąć rodzinę, ale koledzy nie dali mi iść samemu. Jak obandażuje się kolegę, pójdą wszyscy razem. Idąc z rannym, spotkaliśmy dowódcę tej grupy, co do nas strzelali. Chłopcy chcieli go zabić, to on powiedział, że jak zostawimy go przy życiu, to on daje słowo honoru, że więcej Żydów nie będą zabijać. I my uwierzyliśmy, ale 15 minut potem usłyszałem krzyki mojej rodziny. Zabili całą moją rodzinę, razem 8 osób. To było 27/2/1944 roku.

Po wyzwoleniu spotkałem w Łukowie dziewczynę, córkę (…) [gospodarza]. Poznałem, że ona nosi żakiet mojej siostry Miriam. Powiedziałem dziewczynie, żeby zdjęła ten żakiet, bo jest mojej siostry. Na żakiecie były 2 dziury i plamy krwi. Prosiłem, żeby ktoś z rodziców wyszedł do mnie, ale nikt nie wyszedł. Ten żakiet znajduje się w muzeum tragedii Żydów polskich w Jerozolimie.

Po wyzwoleniu przez Rosjan Żyd, co wrócił do domu, gdzie się urodził, i dom został cały, nigdy nie wrócił stamtąd [żywy].

Powojenny dokument tożsamości Jakowa (wówczas Jankiela) Keselbrenera
(Archiwum prywatne Havy Dolev Keselbrener)

Zaraz po skończeniu wojny, maj 1948 rok, opuściłem Polskę w drodze do Izraela. Moi koledzy Polacy, jak Zbyszek Znój i Świerczewski, radzili, żebym wyjechał, bo nie będzie spokój, tylko niebezpiecznie.

Źródło: Zbiory Krzysztofa Czubaszka
Pisownia oryginalna, z drobnymi korektami


Pierwszą osobą z rodziny Jakowa Keselbrenera, która zginęła, był jego brat Lejzor, kawaler, młynarz. Został on zastrzelony 12 maja 1942 r. w Siedlcach. Następny był jego ojciec Lejb, syn Lejzora i Tauby, młynarz, ur. w 1888 r. w Kocku, który został deportowany z Łukowa do Treblinki 5 października 1942 r. Matka Chawa Gitla, z domu Gryka, córka Josefa i Frajdy Lei, ur. w 1888 r. w Branicy, zamordowana została 27 lutego 1944 r. w Dmininie. Wraz z nią zginęło rodzeństwo Jakowa: Rojza Kramarz, ur. w 1912 r.; jej synek Josef, ur. w 1937 r. (jej mąż Jankiel zginął w 1942 r. w Treblince); Miriam, panna, ur. w 1920 r.; Ruchla, uczennica, ur. w 1927 r.; Herszel, młynarz, ur. w 1916 r. (jego żona Bracha zginęła w 1942 r. w Treblince). Razem z nimi zastrzelone zostały jeszcze dwie osoby o nieustalonych nazwiskach – ojciec z córką. Masakry uniknął natomiast pewien ojciec z trójką dzieci, który kilka dni wcześniej opuścił kryjówkę. Nazywał się Rozenblum. Prawdopodobnie był to mąż czwartej siostry Jakowa, Rywki Rozenblum, która przeżyła wojnę.

Przedwojenne zdjęcie rodziny Keselbrenerów.
Stoją od prawej: w pierwszym rzędzie – Jakow, jego ojciec Lejb, siostra Ruchla, matka Chawa Gitla, kuzyn (brak imienia i nazwiska) w drugim rzędzie – siostra Miriam, brat Lejzor, brat Herszel, siostra Rojza
(Fot. Archiwum prywatne Havy Dolev Keselbrener)

Jakiś czas po tragedii, jaka spotkała rodzinę Jakowa Keselbrenera, udał się on do gospodarza, u którego ukrywali się jego bliscy, i dowiedział się, że pomordowani pochowani zostali w lesie. Odnalazł to miejsce i w asyście pięciu policjantów przewiózł szczątki na cmentarz koło Malcanowa. Na grobie położył betonową płytę, którą później zniszczyli Niemcy. W 1948 r. Jakow Keselbrener wyemigrował do Izraela, a gdy na początku lat 70. po raz pierwszy przyjechał do Polski, odbudował nagrobek. Odwiedzał później to miejsce za każdym razem, gdy wracał do swego rodzinnego miasta. Zmarł w Izraelu 29 grudnia 2012 r.

Uzupełnienie relacji – Archiwum Instytutu Jad wa-Szem w Jerozolimie,
rozmowa telefoniczna z Jakowem Keselbrenerem oraz relacja jego córki Havy Dolev

Jakow Keselbrener na zniszczonym grobie rodziny na kirkucie pod Malcanowem (1948 r.)

Odbudowany nagrobek rodziny Keselbrenerów w Lesie Malcanowskim (początek lat 70.)
(Fot. Archiwum prywatne Havy Dolev Keselbrener)

Grób rodziny Keselbrenerów w Lesie Malcanowskim (2014 r.)
(Fot. Krzysztof Czubaszek)

Jakow Keselbrener w Łukowie przed domem, obok którego stał należący do jego rodziny młyn (ok. 2004 r.)
(Fot. Archiwum prywatne Havy Dolev Keselbrener)

Wnuczęta Jakowa Keselbrenera na grobie swych pomordowanych przodków (2015 r.)
(Fot. Archiwum prywatne Anat Peleg)

Pola Keselbrener, żona Jakowa, w ich mieszkaniu w Tel Awiwie.
Na ścianie odznaczenia Jakowa i artykuł w izraelskiej gazecie o tragedii jego rodziny (2016 r.)
(fot. Krzysztof Czubaszek)

Autor: Krzysztof Czubaszek
Źródło: Serwis www.zydzi.lukow.pl

Dodaj komentarz