Śpieszmy się …20 min.

Jeszcze długo po wojnie, centrum Łukowa przypominało o tragedii lipca 1944 r.

“Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą…” (…)

“Nie bądź pewny, że czas masz, bo pewność niepewna…” (…)

“…i śmierć tak punktualna, że zawsze nie w porę…” (…)

Takie myśli (z wierszy ks. Jana Twardowskiego) bardziej pasowałyby na okres listopada, kiedy właśnie wiele się mówi o przemijaniu, ale… Otóż posługuję się tymi cytatami teraz, by wykazać, że zawsze jest czas, by się nad ich treścią zastanowić. Zaraz wyjaśnię, o co mi chodzi. Niestety zauważam, iż wśród odchodzących ludzi (w różnym zresztą wieku) bywają tacy, których doświadczenie życiowe lub wspomnienia mają często bezcenną wartość, a nie będąc za ich życia odpowiednio wykorzystane, odchodzą wraz z ich “nosicielami” ze świata bezpowrotnie.

Należąc sam do pokolenia już dość leciwego doświadczam tego na sobie, zdawałoby się, że wiem dużo w kwestiach mnie interesujących, lecz okazuje się, iż są ludzie mający jeszcze dużo do powiedzenia tak, że warto te sprawy odpowiednio utrwalać. Po co ? Dla lepszej wiedzy następujących pokoleń, by ubogacić je przede wszystkim duchowo. Chciałbym tu bardzo zachęcić kogo trzeba, do utrwalania przeżyć, przemyśleń, poglądów itp. Wielokrotnie twierdzę, że wielką wartość mają zwłaszcza najróżniejsze zdjęcia, przed których zniszczeniem warto dobrze zastanowić się. Ale zostawmy rozważania na ten temat, pozostając przy stwierdzeniu, że utrwalanie pisemne ma największą wartość, gdy dokonuje się jego bieżąco, w momencie “dziania się” czegoś, ewentualnie wkrótce po tym. Każda dłuższa zwłoka (nie wnikam w jej przyczyny) niesie niebezpieczeństwo zniekształceń, przesunięć nawet pominięć. Przechodzę do konkretów.

Swego czasu interesując się wydarzeniami wojennymi lata 1944 roku, pielęgnowałem własne wspomnienia, bardzo luźne z raźnych względów, o bitwie pod Gręzówką 20 lipca 1944 r. Nie znałem przecież wiele szczegółów, zwłaszcza odnośnie śmierci i pogrzebu sanitariuszki z oddziału partyzanckiego z Jaty – “Wisi”, Jadwigi Szulc-Holnickiej. Znacznie później po latach, dowiedziałem się, że ciekawe informacje mają dwie osoby, zajmujące się tym pogrzebem, mianowicie ks. Jan Rosa wikariusz par. Podw. Św. Krzyża oraz znana społeczniczka łukowska Maria Kazimiera Waszczuk (zwana powszechnie po prostu “Panią Mirą”). Niestety, tak się złożyło, że zanim zabrałem się do pogłębienia wiadomości w powyższej kwestii, a chciałem to zrobić gruntownie i rzetelnie, p. Mira zmarła (23 XI 1986 r.). W jakiś czas potem skontaktowałem się w Siedlcach z ks. Janem Rosą (był moim kochanym katechetą w Liceum i Gimn. im. T. Kościuszki w latach szkolnych), nawet prawie umówiłem się na konkretne spotkanie za kilka dni, gdy niestety, również i ks. Rosa zmarł. Tak więc urwały mi się dwie konkretne nici wiodące do tak cennych dla mnie informacji. Wszystko zdawało się definitywnie pogrzebane.

25 X 1970 r. – spotkanie byłych działaczy społecznych i kulturalnych w Klubie Kultury „Kolejarz” w Łukowie. Maria Kazimiera Waszczukówna (druga od prawej) w rozmowie z Tadeuszem Milewskim.

Na szczęście, w niefortunnym biegu wydarzeń, los okazał się dla mnie niezasłużenie łaskawy. Ostatnio porządkując swe różne papiery (oj, to prawie Syzyfowa praca) natknąłem się na zachowane wcześniej po Pani Mirze fragmenty Jej rękopisów, a wśród nich właśnie na tak pożądane wspomnienia z roku 1944! Jedno dotyczy pogrzebu “Wisi”, zaś drugie mówi o ostatnim dniu okupacji niemieckiej w Łukowie w lipcu 1944 roku. Zapoznawszy się dokładnie (z mało już czytelnym tekstem) z obydwoma materiałami i doceniając ich znaczenia, pragnę zaprezentować je na łamach naszej gazety, zachowując osobisty styl i pisownię Autorki, z zaznaczeniem kropkami części opuszczonych, dotyczących zupełnie innych tematów. Chcemy jedynie jeszcze zastrzec, by czytając czyjeś relacje i wspomnienia mieć na uwadze, że są to zawsze opinie osobiste, pisane tak, jak ktoś coś przeżywał, zapamiętał, odebrał. Mogą to być zupełnie różne opisy, czym nie należy się gorszyć i np. mówić: “to nie tak było, to wyglądało zupełnie inaczej…”. Szanujmy zatem czyjeś teksty z zachowaniem wdzięczności, że oto właśnie ktoś zechciał, był w stanie to tak ująć, utrwalić. A więc zapraszamy do lektury pierwszego fragmentu z rozwinięciem niektórych skrótów (od Redakcji).

Wzdłuż torów kolejowych od Siedlec do Łukowa, były różne magazyny wojskowe z bronią, żywnością i sprzętem wojennym. W okolicy Kryńszczak-Gręzówka Oddział Partyzancki w dn. 19 VII 44 r. podchodził do magazynów niemieckich po broń. Napotkał oddział niemiecki, wywiązała się walka, w której poległo 24 żołnierzy AK i młoda sanitariuszka “Wisia” (Jadwiga Szulc-Holnicka z Anielina koło Krzywdy, lat ok. 22). Niezwykle odważna, sama rozbrajała Niemców i pod kulami opatrywała partyzantów, a nawet i rannych Niemców. Ta jej litość nad rannymi wrogami stała się przyczyną jej śmierci. Bo opatrzenie rannego wymaga pewnego czasu a w boju każda minuta droga. Partyzanci bardzo ją cenili i nie chcieli zostawić jej, czekali aż opatrzy rannego Niemca, a tymczasem Niemcy nacierali z bronią szybkostrzelną i sieli śmierć wśród szeregów partyzanckich. Polegli partyzanci pseudonimy Żbik, Grom, Niedbalski Marian, Siezieniewski (brat jego mieszka na ul. Stodolnej i matka i siostra żyją), Madej Stanisław syn p. Marii Madejowej nauczycielki Szkoły Nr 2 w Łukowie, którego ojciec zamordowany przez hitlerowców w Oświęcimiu, Cabaj, Kuszel z Przytoczna, syn wójta z Trzebieszowa, Kuć, Tubielewicz i inni. Ciężko ranną sanitariuszkę Wisię wzięli Niemcy do niewoli i żandarmi ciężarówką przywieźli wieczorem na podwórze Zarządu Miejskiego (gdzie obecnie jest Bank Narodowy), zrzucili nieprzytomną z samochodu ciężarowego głową na bruk podwórza i tym dobili. Na drugi dzień rano było wielkie zbiegowisko ludności z miasta i ze wsi na podwórzu magistratu, a Wisia piękna panna leżała w mundurze rozchylonym na piersi gdzie błyszczał duży ryngraf złoty z M.B. Częstochowską, potem gdy deszcz padał, a tłumy się zwiększały przeniesiono ją na drugie podwórze strażackie, nakryto gazetami i zamknięto bramy. Z rana przyszedł do niej granatowy policjant polski Ługowski z Nowego Łukowa, brat komunisty Ługowskiego i ze wzruszeniem salutując oddał jej cześć wojskową. Ze wzruszeniem mi o tym mówił, zwiastując tę wieść, gdy szłam do biura nic jeszcze nie wiedząc o tym zdarzeniu. Starałam się o wydanie jej ciała i pochowania jej chrześcijańskim pogrzebem kościelnym, ale nie pozwolono. Otrzymałam pieniądze z AK na zakupienie trumny, którą zakupiłam u stolarza Ostrowskiego, zalecając otwarcie zakładu trumien, w dniu 21 lipca o godz. 6-ej rano, że przyjadę po trumnę. Kwiaty siostra moja otrzymała z ogrodu p. Cecylii Nowińskiej i zaniosła wcześniej na cmentarz, by potem złożyć Wisi. O godz. przed 6-tą rano 22 VII w sobotę zebrała się gromadka osób przed tragiczną bramą. Ja weszłam z Kazimierą Kopoczyńską na podwórze, polski policjant chciał mnie siłą za rękę wprowadzić do aresztu, ale odtrąciłam go i pobiegłam na to drugie podwórze do Wisi i zobaczyłam że tam w nocy przywieziono i dobito przez żandarmów jeszcze 2-ch partyzantów. Wóz był zaprzężony magistracki drabiniasty wyścielony słomą, powoził Stanisław Frąc. Powiedziałam mu żeby się zatrzymał przy moście przy składzie trumien. Posłuchał mnie i tak uczynił. Byłam w kłopocie, że nie ma trumien dla tych 2-ch. A ten policjant zapytał Kopoczyńskiej czy przyszła ze mną, gdy potwierdziła, to chciał ją aresztować i prowadzić, wtedy ona powiedziała mu: “panie odczep się, przyszłam po klucze magistrackie”, bo była woźną i dał jej spokój. Wóz jechał powoli i myśmy grupą postępowali za nim. Widziałam p. Szmitową starszą z apteki, Raczunasową dentystkę, której męża Mariana aptekarza Niemcy wywieźli do obozu koncentrac. i tam życie odebrali. Dalej szedł szewc Gawroński z Glinek, na rowerze przyjechał młody Józef Śliz i szli inni. Przy moście i zakładzie stolarskim Ostrowskich wóz zatrzymał się. Wyniesiono trumnę i włożono do niej ciało (nowoczesnej Emilii Plater) sanitariuszki Wisi. Gdy przybyliśmy na cmentarz czekała duża grupa kobiet z ul. Cmentarnej i Świderskiej i ks. prefekt Rosa, którego prosiłam o odprawienie Mszy w kościółku cmentarnym przy poległej. Jednak wobec zmienionej sytuacji, że przybyło 2-ch poległych bez trumien w ranach, skrwawionych, trudno ich było znosić i kłaść w kościółku. Poprosiłam księdza o poświęcenie ciał poległych przy ich grobach i odprawienie Mszy św. w kościele zamiast w kaplicy cmentarnej. Po odprawieniu modłów Wisia została pochowana, a obok w grobie ci dwaj. Rodzice jej i siostra byli wówczas w W-wie i nic o jej śmierci nie wiedzieli. Narzeczony jej Gustaw Kurnatowski był w partyzantce, on wykonał później wyrok Kedywu na Cylce (Cylkem – popr. moja TM) gestapowcu z polsk. volksdeutschów, kąpiącym się w stawie na cegielni. Gdy strzelał był w rudej peruce na głowie i po Cylki (Cylkego – popr. moja TM) śmierci Niemcy wszystkich rudych w Ł. aresztowali i sieli postrach za niego. Ale niestety Gustaw Kurnatowski aresztowany został w Krzywdzie, zbity i wywieziemy z troskliwością na Zamek (Lubelski, uw. TM) gdzie 22.07.44 zastrzelony”

Tyle, proszę Państwa, w przytoczonej w odnośnym obszernym fragmencie relacji p. Miry Waszczukówny. Część dotyczącą ostatniego dnia okupacji niemieckiej w Łukowie w lipcu 1944 roku zamieścimy w następnym numerze “Nowej Gazety Łukowskiej” licząc, że i ona znajdzie chętnych i życzliwych odbiorców.

oprac. T. Milewski
Źródło: “Nowa Gazeta Łukowska” Nr 6, 2012 r.


Śpiesząc z wykorzystaniem…

Rozeznawszy się dokładniej w notatkach rękopisów wspomnianej w poprzednim numerze NGŁ Marii Kazimiery Waszczukówny (Pani Miry) uznaliśmy, że warto zamieścić jeszcze 2 fragmenty zapisków, jeden opisujący ostatni dzień okupacji niemieckiej w Łukowie i drugi, traktujący ogólnie o tej okupacji, jako ciekawy przyczynek do wzbogacenia wiedzy o tym ponurym okresie. Pozostajemy przy tym przy dosłownym cytowaniu tekstów, z zachowaniem oryginalności stylu pisania autorki, ograniczając się do minimalnych skrótów własnych zaznaczanych kropkami w nawiasach oraz z naszymi wtrętami, również z zaznaczeniem w nawiasach. Prosimy zatem o wyrozumiałość i życzliwe przystąpienie do prezentowanej lektury. Przypominam jeszcze, że są to bardzo osobiste relacje, czynione w jak najlepszej intencji. Oddajemy głos Autorce:

Ostatnie wyczyny, poczynania i zarządzenia Niemców. Partyzantka AK, z pociągu idącego na front wschodni w lipcu czy też w czerwcu, jeszcze na stacji Łuków odczepiła wagon z bronią i amunicją. Broń umieszczono w stodołach, a stąd nocami chłopcy AK, na ramionach w plecakach przenosili do puszczy Jaty gdzie było zgrupowanie AK.

N. (Niemcy- TM) Gestapo wściekali się, szukając sprawców, siali terror, aresztowania w mieście wśród ludności okolicznej i na wsiach. Na ulicy Okrzei przy pomocy jeńców robili rewizje dom po domu. Najwięcej ucierpiała rodzina Kondrackich i Tubelewiczów. Podobno gospodarz rolnik Bronisław Kondracki (…) początkowo był przy rewizji (którą kierował gestapowiec z volksdeutschów Ałeks Najman, pochodzący z kol. Łazy czy Aleksandrów), gdy zaczęli rabować wszystko i rozbijać, terroryzować i strzelać – piekło, niepostrzeżenie wsiadł na rower i ulotnił się do Ostoi. Syn Kondrackich, partyzant, który odczepił wagon z bronią, spał w stogu, gdy go zawiadomiono uciekał, ale było już za późno, dom był otoczony, gdy wybiegł zaczęli strzelać, padł w pobliżu w polu za domem w kartoflach własnych. Ojca już wtedy w domu nie było, a matka nie wiedziała, że syn ranny leży tuż niedaleko parę godzin. Kazał jej gestap. Najman zaprząc konia i pojechać, gdy zajechała zobaczyła syna na polu. Kazali go wieźć do Radzynia, ale przedtem wjechać w podwórze by wymusić zeznania z rannego strasząc spaleniem domu, aresztowaniem rodziny. Ranny prosił o wodę, gest. Nejman nie pozwolił dać wody, aż wszystko powie, gdy milczał bili i kazali wieźć matce do Radzynia, gdzie działał morderczy aparat Gestapo. Po biciu więźniów sadzali ich do gorącego pieca gdzie ulegali śmiertelnemu poparzeniu i inne wymyślne męki stosowali. Było dużo aresztowań (…)

W czerwcu czy lipcu Niemcy zarządzili tajnie ewakuację na razie do Skierniewic (…) najpierw różnych przemysłów i instytucji gospodarczych, potem urządzeń biur i w ostatnich dniach urzędów i biur – tj. 22-23 VII 1944. Nawet przy tym zdarzały się zabawne rzeczy np. Komunalna Kasa Oszczędności – dyr. Ryszard Liśkiewicz zamiast maszyny do pisania kazał zapakować kamienie do paki, a maszynę na razie zakopano (…) Maszyna ta służyła zaraz po wyzwoleniu w biurze Starostwa Powiatowego. (…) kazali ludności kopać okopy głęb. wysokości człowieka 2 rzędy wokoło miasta, w niektórych miejscach to i 3 rzędy. Zmuszali wszystkich do kopania. Niektóre miejsca zaminowali. Widziałam takie okopy za ul. Cieszkowizna, za Glinkami. Na Ławeckiej m.in. kopali Bartoszewicz, Nowakowa. Ofiar Polaków było dużo przed i w czasie odwrotu Niemców. Ściśle teraz po 24 latach trudno przytoczyć, (a więc Autorka pisała to w 1968 r. – uw. TM). Ale w 1945 r. powstał Komitet Badania Zbrodni niem. hit., w skład którego wchodził śp. Leon Klimecki, który to Komitet zbierał dane co do ofiar miasta Łukowa i powiatu (…)

Ulica Chącińskiego – zniszczona w lipcu 1944 r. Z prawej budynek Lucków (powojnie był tu sklep PSS Nr 1, aktualnie m.in. sklep jubilera), obecnie ul. Kard. Stefana Wyszyńskiego.

Niemcy byli zakwaterowani w różnych domach, a mieszkańców wyrzucano z tych domów. Mnie np. nakazano opuścić mieszkanie na ul. Partyzantów (ówcześnie ul. Starościńska, obecnie w tym miejscu budynki Straży Ogniowej – uw. TM) w ciągu trzech godzin w dniu 8 XII 1939 r. (…) w mróz i zawieję śnieżną, dając mieszkanie po Żydach z wybitymi drzwiami i oknami, brudne. Kiedy byliśmy w wielkim kłopocie burmistrz Welter poszedł do Komendy wojsk. (…) żeby przedłużyli czas na zajęcie tegoż. Równocześnie przyszedł do nas Henio Trochimowski z ul. Glinki, który widząc kłopot, powiedział żeby pójść do jego matki, gdyż lokatorzy ich (…) wyjechali, a mieszkanie z ich meblami jest niezamieszkane. Poszłam, p. Br. Trochimowska zgodziła się przyjąć nas w komórce, ale żeby ich lokatorów meble były na miejscu. Nasze więc meble złożone zostały do stodoły i sąsiadów (…)

Poza tym co do rozmieszczenia Niemców zacznę od stacji kolejowej. Władze kolejowe niemieckie i obsada jakaś wojskowa na dworcu:

a) posterunek Bahnschutzpolizei – co się tłumaczy policyjna ochrona stacji kolejowej – i ten posterunek mieścił się w jednym budynku z filią urzędu pocztowego na dworcu. Ten szczegół co do poczty ważny, że sąsiadowała poczta z policją, bo stało się to przyczyną śmierci partyzantów w dniu 22.07.1943 r.

b) jakiś oddział wojsk niemieckich – jakaś placówka zakwaterowana w domu pp. Gorczyńskich w Alei Kościuszki w pobliżu dworca,

c) w połowie Alei po prawej stronie posterunek żandarmerii,

d) na rogu (…) ul. Piłsudskiego i Alei Kościuszki w domu p. Nowackich mieścił się, tzw. “Soldatenheim” – Dom Żołnierza – takie coś w rodzaju świetlicy, tam mogli Niemcy jeść obiad, było pianino, jakaś pielęgniarka (…) wojsk, niemiecka mundurowa, tam też czasem żandarmi dostarczali zarekwirowane ludności paczki żywnościowe po drogach i dworcach w pociągach, które ludność przeważnie wiozła do zagłodzonej W-wy,

e) w Prezydium PRN (dawne Starostwo) mieszkał landrat Fussel i mieściły się urzędy powiatowe kierowane przez Niemców, a na niższych stanowiskach byli i Polacy np. tłumaczem był p. Stan. Sirota,

f) przy Magistracie był areszt przejściowy zarządzany przez policję niemiecką i gestapo,

g) na Łapiguzie był oddział wojska,

h) w obecnym liceum a dawnym gimnazjum stacjonował duży oddział żandarmerii, mający samochody bardzo ruchliwy,

i) gdzieś na ul. Listopadowej (…) było jakieś kwatermistrzostwo wojskowe,

j) przejściowo w domu po wysiedleniu nas i obok z większego domu po p. Szkutnikach kwaterowało wojsko.

Domy gdzie kwaterowało wojsko lub żandarmeria były ogrodzone drutami stawianymi w różne kozły z drutów. Jak się ewakuowali Niemcy w mieście nie byłam, podobno cicho wyjechali w południe w niedzielę 23 VII 1944 r. bo wiedzieli prawdopodobnie, że są w okrążeniu przez armię sowiecką. Podobno był sygnałem gong. Czym kto mógł samochodami furmankami, np. burmistrz Kaz. Pietroń Ukrainiec zaufany niem. wyjechał bryczką konną. Niemcy ewakuowali się w kierunku przez Siedlce na W-wę i Berlin.

Szosą od Radzynia ciągnęły zmęczone oddziały wojska niemieckiego, byli przemoczeni i niewyspani, mówili, że 3 dni nie spali, prosili o wodę ludzi i myli się. Widać było, że byli po ciężkich przeżyciach. Głodni, zamyśleni i nie butni jak zawsze poprzednio. Natomiast Gestapo, które było znienawidzone przez wojsko, planowało wyrżnięcie ludności Łukowa za pomocą mających nadejść oddziałów gen. Własowa (Kałmuki). Wyznaczony oficer Gestapo przybył tajemnie na kwaterę i oczekiwał. Gospodyni domu, w którym zamieszkał (naucz. J. Witaszczykowa) zwierzył się i radził wyjechać z miasta, ale że okrążenie wojsk radzieckich zbliżało się błyskawicznie sierpem, oddział własowców nie przybył, w czym było ocalenie miasta nieświadomego swego niebezpieczeństwa.

Na Łapiguzie ustępujące wojsko koszary podpaliło. Nazajutrz po wyzwoleniu w dn. 24 VII 1944 r. ludność wywiesiła polskie flagi narodowe biało-czerwone na ulicach i domach, a Niemcy tegoż dnia o godz. 7 rano rozpoczęli silne bombardowanie miasta i właśnie najwięcej tam, gdzie były flagi polskie Gdzie się najwięcej Niemcy w Łukowie opierali – nie wiem. Wiem tylko po wyjściu z kotła okrążenia łukowskiego bronili się długo coś ok. 10 dni w Siedlcach.

Artyleria sowiecka rozmieszczona w lasach łukowskich np. w lesie Zimna Woda jeszcze do niedawna były ślady stanowisk sowieckiej artylerii – raziła Niemców w Siedlcach. A oni z góry nas nękali bombardowali, niszczyli prawie tydzień po wyjściu. Miasto zostało zbombardowane w 80-85%. Las przed Karwaczem, gdzie były magazyny z bronią i amunicją był zaminowany i zostały te magazyny wysadzone w powietrze, ogromne fontanny ognia szły w górę – ofiarą wtedy padła jakaś kobieta, która wróciła do domu po chleb, gdy inni ludzie wcześniej uciekli, była to kuzynka dra R. Wyszomirskiego, który może to potwierdzić.

Przebiegu walki o przejazd siedlecki szczegółowo nie znam, mieszkałam w drugim końcu miasta. Wiem, że był unieruchomiony czołg radziecki i podobno załoga ranni i zabici. Czołg ten przybył o godz. 20-ej 23 VII 1944 r. na rogatkę. W parowozowni nie było walki, oświadczył mi były pracownik parowoz. zam. na Łapiguzie. To pewnie nieporozumienie, bo tu było zabitych 3-ch żołnierzy pol. w 1939 r. z pułku jadącego z Rzeszowa do W-wy na odsiecz stolicy. Nazwiska ich znam. Rodzina była w 1967 r. na adwent.

Dokładna data 23 VII 1944 r. niedziela, godz. 16 na szosie radzyńskiej, a godzina 20 tegoż dnia w mieście na szosie siedleckiej, u zbiegu ówczes. ul. Piłsudskiego (obecnie Świerczewskiego), Alei Kościuszki i siedleckiej szosy. Pogoda rano padał rzęsisty deszcz, wnet się wypogodziło ok. godz. 9.30 i była piękna pogoda. W ślad za czołgami wojsko radz. na koniach penetrowało teren szukając wroga.

Wrażenia własne były radosne uniesienia, które by się potęgowały w manifestowaniu uczuć coraz więcej, gdyby nie bombardowania miasta nazajutrz o godz. 7 rano i następnych nocy i dni. Trzeba było życie własne i innych ratować, a nie było i się gdzie kryć, wszędzie samoloty docierały i krążyły, niosąc śmierć i zniszczenie. Jak to poeta Hubert Rostworowski przed wojną napisał: “na froncie czy w komorze jednako ci się zjeży włos”.

I radość nasza przeszła straszne doświadczenia ofiar śmiertelnych bezbronnej trwogi o najbliższych. Dopiero później pod wieczór od strony torów kolejowych do Lublina, i drugich do Międzyrzeca podciągnęły działa wojsk artyleryjskich radzieckich i grzmiały wieczór i w nocy do samolotów – to była pierwsza pomoc i obrona bezbronnego miasta.

Nadciągnęły wprawdzie w nocy oddziały AK z lasu pod dowództwem “Ostoi”, ale rano do porozumienia z władzami wojskowymi radzieckimi nie doszło, bo chcieli ich rozbroić na polecenie władz, a oni nie dali się rozbroić, może przeszkodziło temu porozumieniu bombardowanie niemieckie, które w tym trakcie nastąpiło. Opowiadał mi o tym partyzant, syn burmistrza z Łomży, który w tej grupie był. Grupowali się koło kina “Oaza” i odeszli z powrotem do lasu.

Nazajutrz po ucieczce Niemców (ponieważ planowali wyrżnąć ludność miasta i nie udało się z powodu szybkości postępującej ofensywy wojsk radzieckich) postanowili zniszczyć miasto przez bombardowanie. I w dniu 24 VII 1944 r. przysłali eskadry samolotów, które bombardowały z małymi przerwami od rana tego dnia od godz. 7 do czwartku w dzień i noc. Szczególne nasilenie bombardowania miało miejsce 24 VII dzień i noc W nocy z samolotów wyrzucili na spadochronach jakieś ogromne lampy o jarzącym świetle, całe miasto było oświetlone jak w dzień i samoloty jak szatany latające z końca w koniec miasta zrzucały swój śmiertelny grzmiący ładunek bombowy. Ja w południe w czasie bombardowania wyszłam z miasta z Matką mając ze sobą torbę sanitarną, szosą świderską i za ul. Domaszewską w polu skryłyśmy się pod mendlami żyta i tu ludzie przychodzili do mnie po pomoc sanitarną, opatrunki.

To niestety, koniec tekstu zachowanych zapisków Pani Miry, brak kartek. Tak więc poznaliśmy z bezpośredniej relacji uczestniczki, co dane było przeżyć i odczuć w ciężkich pamiętnych dniach wojennej niedoli. Uszanujmy może pewne powtórzenia zdań pamiętając, że pisane były już z perspektywy minionego czasu, który mimo woli musiał jakoś wywrzeć swój wpływ na bieg myśli piszącej osoby. Sami zadbajmy, gdy mamy ochotę zapisywać coś swojego, o pełność i zwięzłość tekstu.

oprac. T. Milewski
Źródło: “Nowa Gazeta Łukowska” Nr 7, 2012 r.

Dodaj komentarz